Mieszkam w Polsce.

Mieszkam w Polsce.

Od 2010 roku w dzień Narodowego Święta Niepodległości przez Warszawę przechodzi sławny już na całą Polskę marsz. Obok innych wydarzeń organizowanych z okazji tej uroczystości jedynie on przyciąga tak dużą uwagę mediów i staje się tematem rozmów w domach i zakładach pracy. Jakiś czas temu obiecałem sobie, że będę chłodno podchodził do wszelkich komentarzy, które dotyczą moich przekonań. Staram się nie wdawać w bezowocne dysputy, które najczęściej sprowadzają się do wysłuchiwania nieprzemyślanych docinków. Pisząc ten tekst, nie stawiam siebie na pozycji obrońcy ruchu narodowego. Nie mam z nim wiele wspólnego. Historia i aktualna sytuacja Polski są mi bliskie, jednak odmieniam słowo „Polska” przez inne przypadki niż radykałowie.

Jestem dumnym wnukiem dziadków, którzy walczyli w obronie kraju pod zupełnie innymi sztandarami. Zygmunt, pomocnik artylerzysty wcielony do Ludowego Wojska Polskiego, zasłużył się, przeszedłszy cały szlak bojowy 1. Armii zwieńczony szturmem Berlina. Jan, przed wojną zawodowy żołnierz stacjonujący w Twierdzy Modlin, dołączył do szeregów Armii Krajowej. Dowodził niewielkim oddziałem operującym w okolicach Warszawy. Jedną z ważniejszych akcji, w której brał udział, było zabicie szefa niemieckiej żandarmerii działającej na terenie Rembertowa. Niesamowicie żałuję, że znałem dziadków krótko, mimo to wszystko, co o nich wiem, napełnia mnie wdzięcznością. Nie ma chyba Polaka, który w ten czy inny sposób nie byłby związany z kimś, kto walczył o niepodległość naszego kraju lub cierpiał z powodu jej braku.

Kilkadziesiąt tysięcy ludzi podobnych do mnie, pokojowo nastawionych do świata, przychodzi w Święto Niepodległości, żeby zamanifestować swoje przywiązania. Tradycje niepodległościowe, narodowe barwy i polskie pochodzenie nigdy nie będą powodem mojego wstydu. Na ile znam podejście innych narodów do swoich świąt państwowych, nie jest to zachowanie odosobnione. Ba, powiedziałbym, że manifestowanie swojej przynależnośći jest czymś zupełnie naturalnym. Oczywiście ktoś powie, że przecież można tego dnia wybrać się na marsz prezydencki albo inaczej upamiętnić to święto. Szczęśliwie, zachowawszy odrobinę zdrowego rozsądku, podobnie jak w poprzednich latach, i tym razem można mnie było spotkać na największym tego typu zgromadzeniu, które 11 listopada odbywa się w naszym kraju.

Chciałbym szczególnie zwrócić uwagę na histerię, której mam już dość. Wielogodzinne dyskusje dotyczące marszu, dramatyczne kadry pokazujące ogień, rzucane kamienie i zamaskowanych chuliganów. Kilka dni podgrzewania emocji przed świętem i kolejne dni bilansowania strat. Zarówno tych materialnych, jak i moralnych.

To oczywiste,  że chuligańskie incydenty, które miały miejsce podczas Marszu Niepodległości, są karygodne. Wstydzę się za każdego człowieka, który obniżył rangę tego wydarzenia swoją bezgraniczną głupotą. Tak jak podczas każdej poprzedniej edycji,  i w ubiegły wtorek na ulicach pojawili się pseudokibice i wandale. Mniejsze czy większe grupy i pojedyncze osoby, które tylko rozglądały się w poszukiwaniu bójki. Dziękuję straży marszu, bo mimo ograniczonych środków starała się dbać o uczestników. Cieszę się też, że policja dobrze zabezpieczyła to zgromadzenie i dała nauczkę tym, którzy pomylili narodowe święto z „ustawką” pseudokibiców.

Swoim dzisiejszym wpisem chciałbym poprosić wszystkich rozsądnych ludzi o chwilę zastanowienia. Czy zadaliście sobie trud, by wyrobić rzetelną opinię na temat marszu? Zdajecie sobie sprawę, jak ogromną większość stanowili ludzie zupełnie zwyczajni, nieszukający mocnych wrażeń na ulicach miasta? A może patrzycie na marsz przez pryzmat polityki? Przecież drażni fakt, że żadne inne środowisko nie umie zorganizować tak licznego zgromadzenia jak Marsz Niepodległości, przy wszelkich jego niedopuszczalnych patologiach. Czymś, co mogłoby mocno przemówić do współczesnego człowieka są w końcu liczby. Upraszczając, z pomocą policyjnej statystyki można powiedzieć, że we wtorkowym zgromadzeniu agresywnych było mniej niż 1% uczestników. Nim w przyszłym roku zakpicie z uczestników marszu, pomyślcie chociaż chwilę, nalegam.

Mieszkam w Polsce i mimo że bardzo ją kocham, nie jestem przyzwyczajony do naszego narodowego szukania dziury w całym. Trwonimy godziny na rozmowy i waśnie. Bywamy bezrefleksyjni. Jesteśmy podobni, ale dzielimy się. A wszystko i tak sprowadza się do tego, że jesteśmy Polakami. Skoro więc część z nas, około 40 tysięcy ludzi wraz ze mną, ma chęć pomaszerować raz do roku, nie róbmy z tego tragedii. Radykałowie, muszę zachwiać waszym sensem życia. Nie jesteśmy czarni ani czerwoni. Jesteśmy normalni.

3 thoughts on “Mieszkam w Polsce.

  1. Dziedzicu 
    Nie mam nic wspólnego z polityką, ruchami narodowymi i karierowiczostwem. Nie interesuję się tymi sprawami. Ale z ciekawością i podziwem czytam Twoje słowa. Z podziwem, że znajdujesz czas i odwagę, by się dzielić z innymi swoimi myślami.
    Skoro tak, to ja dzielę się moimi.
    Sądzę, że ruchy i demonstracje to część wielkiego teatru. Teatr towarzyszy człowiekowi nieomal od zawsze. To rytuał, świętość, pokaz, rozrywka dla mas, i wreszcie przekaz intelektualny dla nielicznych.
    Nasze społeczeństwo zostało pozbawione teatru per se, z wielkimi aktorami lub artystami. Obecne teatry cechuje miernota, brak dykcji, siły doskonałych głosów i przekazu, oraz brak autorytetów. A ludzie tego wszystkiego potrzebują. Potrzebują przywódców, wielkich aktorów i spektakularnego obrazu. I dlatego sądzę, że uliczne demonstracje stają się dla ludzi właśnie rozrywką, i tanim teatrem. Dlatego wychodzą na ulice i towarzyszą demonstrującym, albo jako siła destrukcyjna, która niesie negatywny, ale bardzo emocjonalnie silny przekaz, albo jako widzowie, szukający bezpłatnej rozrywki. Wobec kulturowej miernoty i niemocy obejrzenia lub towarzyszenia czemuś artystycznie doskonałemu, ludzie potrzebują igrzysk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *