Zawodowe kontra osobiste. 1 – 0.

Zawodowe kontra osobiste. 1 – 0.

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto z otaczających go ludzi i własnych przeżyć może tak łatwo czerpać inspirację? Dziś stwierdziłem, że jeśli pisać, to nie z przymusu, dla systematyczności, a wyłącznie w chwili, gdy pojawi się taka potrzeba. Do niczego się nie zmuszać to zresztą hasło, które w tym tekście powtórzy się nie raz.

Do klawiatury usiadłem w ostatnich minutach dnia świętego Walentego. Czy był on impulsem do zmierzenia się ze swymi przemyśleniami? Czy tylko wisienką na torcie ostatnich kilkunastu dni? Początek roku okazał się zaskakujący bardziej niż mogłem tego oczekiwać. Dziś zaś miałem możliwość pochylić się nad dwoma mądrymi stwierdzeniami. „Dużo miłości każdemu – przede wszystkim do samego siebie” oraz „(…) bliskich relacji nie buduję często, jedynie z zaufanymi osobami.” Może się wydawać, że to oczywistość, jednak czy na pewno?

Nigdy nie przeżywałem walentynek. Cieszyłem się nimi, ale nie było konieczności, żeby akcentować je różem, czerwienią i dużą ilością lukru. Bo walentynki były zawsze. Pamięć o minionych latach pozostanie na długo. Nie nazbyt wyidealizowana, ale też nienaszpikowana żalem czy goryczą. Moim ważnym postanowieniem jest mówić głośno o tym, jak mocno byłem kochany przez Kamilę. Wtedy, gdy był na to czas, przez lata spędzone pod jednym dachem, jej uśmiech i troska aż nadto mnie zajęły. Do tego stopnia, że zapomniałem powiedzieć światu: „jestem szczęśliwym człowiekiem”.

Dziś dopiero, kiedy dociera do mnie, jak ważna jest miłość do samego siebie, mogę ocenić to z dystansu. Radykalnie zmieniłem swoje życie osobiste, bo siebie zawsze stawiałem na samym końcu. Ciężko bawić się w psychoterapeutę, kiedy jest się pacjentem na własnej kozetce, jednak z perspektywy 29 lat osąd ten wydaje się prawdopodobny. Umiem już powiedzieć, co było we mnie kiedyś, co jest dziś, a co chciałbym zastać tam jutro. Przeszłość i część dzisiejszych wydarzeń mocno odciągały moją uwagę od tego, co ważne. Od dobra, które stało się moim chlebem powszednim. Odrzuciłem je i po latach bycia kochanym wyszedłem na pusty ring. Dłuższy już czas sędziuję w pojedynku życia zawodowego i osobistego. Osobiste przegrywa, bo brak miłości do samego siebie kosztował dużo. Z której strony by na to nie spojrzeć, życie w poczuciu, że nie zasługuję na nic dobrego, nie należy do najtańszych. Cena, jaką zapłaciłem za brak wiary we własne siły, to między innymi chęć udowodnienia sobie, że jestem wart więcej. Udowadniałem to sobie w zły sposób, ale na zgłoszenie reklamacji do tego podejścia było już za późno.

„Dużo miłości do samego siebie.” Chciałbym uczynić to hasło motywem przewodnim kolejnych miesięcy. Nie mam zamiaru zmuszać się do niczego, co nie będzie w pełni zgodne ze mną. Przystępując do pisania tych osobistych tekstów, jako dziedzic wielkiej fortuny, którą jest moja przeszłość, zaczynam od świata egzekwować to, co włożyłem do niego przez całe swoje życie. A wiem, że dużo jest w tej puli zaangażowania, troski i wyrozumiałości w stosunku do innych. Wierzę, że czyta te słowa co najmniej kilka osób, które zgodzą się z tym, że dziś mogę „wyjąć” dla siebie całkiem sporo. Bo i tyle w niejedną bliską mi osobę „zainwestowałem”. Oczywiście nie zamierzam nikogo pytać o zdanie, bo słowo „bliska” również coraz bardziej zmienia w moich oczach swoje znaczenie, ale o tym później.

Kiedy zaczynam podnosić głowę wyżej, zastanawiam się, czy na pewno potrzebne mi są emocje związane z wydarzeniami ostatnich tygodni. Lubię zaskoczenia fundowane przez życie, jednak, nalegam, przydałaby się odgórna kontrola nad ilością rozczarowań występujących w krótkim czasie. Bank rozbiły: uściśnięcie dłoni faceta byłej partnerki, rzucone gdzieś między wierszami słowa ojca „dostaniesz pismo z sądu, rozwodzimy się” i świadomość, że każda kolejna bliska mi kobieta jest, de facto, coraz dalsza. Życie osobiste dostało mocny sierpowy, osunęło się na ring. Póki co nic nie zapowiada, że podniesie się z niego prędko o własnych siłach.

Pozytywnym zaskoczeniem w ostatnim czasie jest  lekcja, którą dostaję w kategorii „bliskich”. Słowa „(…) bliskich relacji nie buduję często, jedynie z zaufanymi osobami” wydają się oczywiste, ale zmobilizowały mnie do chwili refleksji. Ilu bliskich w ostatnim czasie okazało się dalekimi? Ile zaangażowania udało się wymienić na wsparcie? Ile dobroci udało się przekuć we wdzięczność? Nawet najlepszy ekonomista spojrzawszy na moje „życiowe” kalkulacje, byłby w szoku. Ale ponoć liczby nie kłamią. I tak w ostatnim czasie moim światopoglądem zachwiała praktyka dnia codziennego. Wychodzenie ze strefy komfortu, proszenie i większa śmiałość względem obcych okazała się dobrą, życiową lekcją. Tu nie sposób, abym pominął moje minione lata. Stop! Przecież już kiedyś ktoś mnie tego uczył! To nie piękny uśmiech, zmysłowe perfumy czy modna sukienka grają rolę. Nie godziny dyskusji spędzone na żartach ze znajomymi. Bliska i godna obdarzenia miłością jest herbata zafundowana w zimny dzień, kanapka do pracy czy pomocna dłoń kolegi wyciągnięta wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna.

Cieszę się, że życie jest tak pięknie nieprzewidywalne, a kolejne tygodnie przynoszą nowe doświadczenia. Nie zamierzam zamykać się na ludzi, bo byłoby to skrajnie sprzeczne  z moją naturą. Żeby jednak walka życia zawodowego i osobistego odbywała się bez wyraźnej przewagi jednej ze stron, pora nauczyć się dwóch rzeczy. Aby każdego dnia spoglądając w lustro, być pewnym swoich atutów, których każdy ma pod dostatkiem. Wpuszczając zaś do swojego otoczenia drugiego człowieka, być maksymalnie otwartym i tolerancyjnym, do pewnego momentu. Do chwili, w której okaże się czy „bliskość” rozumiemy w ten sam sposób. Reszta ułoży się sama.

3 thoughts on “Zawodowe kontra osobiste. 1 – 0.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *