Ślady

Ślady

Kilka razy zdarzyło się, że ktoś ze znajomych powiedział „żyjesz wspomnieniami”. Kurwa, jak słyszę coś takiego wysokie ciśnienie staje się jeszcze wyższe. Nauczyłem się nie wdawać w rozmowy, które nikogo donikąd nie zaprowadzą. Nie komentuję, idę dalej. Co do chuja wiesz o mojej przeszłości? Jaki masz obraz? Na jakiej podstawie został zbudowany? Wpisów na fejsie? Wyrwanych z kontekstu rozmów? Proszę Cię. Nie wiesz dokładnie nic o moich ostatnich latach i dojrzałym życiu. Wydaje Ci się, że jesteś. Ale nie obrażając tych, którzy są w moim życiu naprawdę, gówno wiesz.

Jeśli nad czymś się pochylam to dlatego bo jest tego warte. Wspomnienie buduje to kim jestem. Zbiory wspomnień mogą mnie czegoś nauczyć. Oczywiście jestem mistrzem powtarzania błędów. Powielam je czasem jak kserokopiarka. Życie nie nadąża z dorzucaniem kartek. Ale uszanuj to, że refleksyjność dokądś mnie zaprowadziła. Nie czuję się lepszy, to pewne. Nie chcę Cię krytykować i wywyższać swój styl nad Twój. Musisz jednak wiedzieć. Wydarzyło się już dużo, bardzo dużo. Ilość wzlotów i upadków zabiłaby niejednego. Po latach czuję się jak kaskader, który zaczynając kolejny rok zastanawia się ile problemów zaliczy w tym sezonie. Nie wstydzę się tego. Ale nie odbieraj mi świadomości, że dobre wspomnienia trzymają mnie na powierzchni. Bo lubię zanurzać się pod powierzchnię zbyt często. To pewnie zmęczenie, powracający brak sił. Ile kurwa można się potykać na własne życzenie? Coraz skuteczniejszą nauką jest odkopywać z głębi duszy to co było dobre. Zostawiło ślady i doświadczenie budujące mnie na przyszłość. Coraz częściej udaje się unikać błędów. Pojawiają się momenty gdy ślady pomagają podejmować lepsze decyzje, szczególnie te prywatne. Bo te słowa w większości są i będą o zwykłym życiu. Zwykłej niezwykłej miłości. Czy niezwykłych zwykłych upadkach.

„Uświadomiłam sobie wczoraj, że nigdy nie dodałeś żadnego zdjęcia ze mną, nie chwaliłeś się, że jesteś w związku i to nieźle obrazowało naszą relację. Wiesz, ja myślę, że z Twoim życiem jest jak z Twoim DJ-owaniem. Jeszcze nie nacieszysz się jednym sprzętem, a już myślisz o następnym. Nie doceniasz tego co masz, nie umiesz cieszyć się tu i teraz. (…) Przez palce tym czasem przelatuje Ci to, co najważniejsze.” Te słowa padły dokładnie 6 lipca 2013 roku. W chwili gdy zniszczyłem ją i siebie. Zniwelowałem swoje prywatne szczęście do zera. Ją zaś upokorzyłem i odarłem ze wszystkiego. Byłem okrutny i głupi. Miałem absolutnie wszystko, a za chwilę zostałem z niczym. Nadal myślisz, że coś wiesz o moim życiu? Kurwa, nie rozśmieszaj mnie tylko czytaj.

Było już późno, chwila po 23:00. Siedzieliśmy w skromnej kawiarni na Dworcu Centralnym. Stąd było blisko do autobusu, którym wracała. Pierwszy rok studiów, nie pracowaliśmy na co dzień. Ona udzielała korepetycji z angielskiego, była bardziej zaradna niż wszystkie jej koleżanki razem wzięte. Na stoliku stał kubek owocowej herbaty. Rozgrzewała o niego dłonie, słuchała co mówię. Jako jedna z niewielu osób w moim jebanym życiu, była kimś kto chciał słuchać. Starała się zrozumieć, mimo, że często mówiliśmy coś zupełnie innego. Byliśmy z dwóch końców jednego odcinka. Oddaleni poglądami, doświadczeniami. I przez 7 lat zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej. Potrafiliśmy siedzieć w tej kawiarni przez 3,4, a nawet 5 godzin. Rozmawialiśmy dokładnie o wszystkim. Nie ma chyba dziedziny, której nie rozłożyliśmy na części pierwsze. Mimo, że nieźle piszę, nie umiem jeszcze tego odpowiednio naszkicować. Ten motyw będzie wracał, bo po latach muszę oddać jej satysfakcję. Nie przeczyta tych słów, ale ja będę żył ze świadomością, że próbowałem choć w ułamku powiedzieć światu kim była i co jej zawdzięczam. To prawdziwa magia, której mogę życzyć każdemu. I niestety nie wierzę, że przeżyliście choć ułamek takiej miłości jaką ja zaliczyłem już na starcie dorosłego życia. Dawno dotknąłem nieba i spadłem z hukiem na ziemię. A najlepsze jest to, że w 100% jestem winny wszystkiemu co się później stało.

Po północy zdecydowaliśmy, że pora się rozstać. Przecież jutro wstajemy na wykłady, a mieszkała w Piasecznie. Była zima, naprawdę nieprzyjemny chłód i sporo śniegu. „Odwiozę Cię, już późno.” Nie chciałem by jechała sama o tej porze autobusem. Choć umiała sobie radzić i na pewno tę trasę pokonywała nie raz. Nocny wlókł się niemiłosiernie. Na wpół pusty, snuł się przez ulice miasta. To jeszcze czas gdy na trasę wyruszały wysłużone Ikarusy. Nigdy nie zapomnę tej podróży. Po niemal godzinie dotarliśmy do pętli w okolicach Mysiadła. Tam, gdzie kończy się Warszawa. Stamtąd mieliśmy przed sobą jeszcze szmat drogi pod jej dom. Zima, środek nocy, przedmieścia. Zaśnieżone drogi i chodniki. Wąska, wydeptana przez ludzi ścieżka. Szliśmy czasem obok siebie, czasem jedno za drugim. Podążaliśmy po śladach. Dźwięk skrzypiącego śniegu i odciśnięte w białym puchu podeszwy to coś co sprawia, że chce mi się płakać. Nasze rozstania, na samym początku naszej znajomości, to tak jakby jedno z nas wsiadało do pociągu na koniec świata. Skrzypnięcie zamykających się drzwi klatki schodowej. I pustka, bo już jej nie widzę. I pustka, bo ona już nie widzi mnie. Wróciłem do siebie o 4 nad ranem. A około 9 byliśmy już na wykładach. Zbudowaliśmy tak dużo ile można sobie wyobrazić, przez 7 kolejnych lat. Jeszcze po tym gdy zdecydowałem o rozstaniu, rzuciła pół żartem pół serio, że mogę ją odzyskać, jeśli się oświadczę. Nic nie odpowiedziałem. To co zrobiłem z tą relacją, śni mi się do dziś. Uderzyłem w nią jak w domek z kart. Rozniosłem w pył. I z tego pyłu podnoszę się bezskutecznie.

Drugi raz obraz śladów zostawianych na śniegu wrócił do mnie niedawno. W lutym zeszłego roku byłem na krawędzi. Dokładnie między niebem i piekłem. Nadzieją i niebytem. O tej znajomości jeszcze wiele razy będę mówił. Bo dotknęła mnie tak, że zdecydowałem znowu pisać. Prywatnie nie mogę sobie z tym poradzić i znów jest we mnie żal. Do siebie, do życia. Ona też była zupełnie inna ode mnie. I to przyciągało coraz mocniej. Miałem poczucie, że te różnice są niczym. Udawało mi się małymi krokami przekonywać ją do spotkania się w połowie drogi. Do dialogu. Nie chcę przypisywać sobie zasług. Jestem pewny, że ona też stała się bardziej tolerancyjna, zaczęła mnie akceptować. Wiele miesięcy wstępu do tej znajomości, przekształciło się w coś, co miało być miłością na długo.

Początek zeszłego roku nie był obfity w zlecenia. Zawaliłem pozycjonowanie strony, po lecie nie zbudowałem siatki kontaktów. Nie miałem pracy i nie chciałem na krótki czas wracać na etat. Nadarzyła się okazja by pojechać na trochę do UK. Odkuć się. Ale też pokazać jej, że możemy mieszkać gdzie chcemy. Że zmiana środowiska i bardziej odważny krok jest możliwy. Chciałem zaimponować, być inspiracją. Bo przy tym wszystkim czułem, że nasz romans utkwił w martwym punkcie. Przypomniałem sobie o wszystkich krokach jakie stawiałem w swoim życiu wiele lat temu. Po śladach trafiłem do czasu gdy nie wykorzystałem szansy na miłość życia. Teraz czułem jak bardzo stała się dla mnie ważna. Po raz pierwszy od ponad 4 lat wiedziałem, że chciałbym troszczyć się o tę kobietę. Wyznałem miłość, zaproponowałem wspólne zamieszkanie. I uderzyłem w mur, którego już nie dało się przebić. Coś podpowiedziało mi, że trzeba na chwilę zniknąć. Schować się, oczyścić głowę i wrócić. Żeby nie popełnić starych błędów, nie zmarnować czegoś pięknego.

Za oknem znowu chłód, końcówka lutego. Zaprosiła mnie bym pożegnał się i wyruszył z jej mieszkania. Przede mną jakieś 19-20 godzin jazdy, musiałem chwilę odpocząć. Mimo, że była nieporadna w okazywaniu uczuć, chciała się o mnie zatroszczyć. Poprosiła bym zdrzemnął się przed wysiłkiem. Leżeliśmy wtuleni. Próbowałem zasnąć, ale co chwila się budziłem. Ukradkiem spoglądałem czy nadal jest tak blisko jak przez ostatnie miesiące. Wspólne wieczory i poranki. Weekendy i dni pracy. Stawała się kimś, bez kogo było coraz trudniej. Patrzyłem czy jest przy mnie i czy będę mógł do niej wrócić. Cholernie liczyłem, że wszystko się ułoży. Że przebiję mur i wspólnie zbudujemy coś więcej. Szedłem po śladach z przeszłości. Ale tym razem byłem gotowy aby uniknąć pomyłek.

Ostatni pocałunek i zamknąłem za sobą drzwi. Wyszedłem w środek zimnej, ciemnej nocy. Śniegu nie było dużo, ale na oprószonym chodniku odciskały się ślady butów. Powoli odchodziłem od budynku, zbliżałem się do samochodu. Przekręciłem kluczyk i odjechałem. Nigdy już nie udało mi się wrócić. Po 4 miesiącach zakończyliśmy tę znajomość. Nie zbliżyliśmy się do siebie. Przez kilkanaście miesięcy popełniłem masę błędów. I nie przekonałem jej odpowiednio mocno, że warto pójść dalej. Z Wielkiej Brytanii nie przyjechałem jako bohater. Wróciłem na tarczy. Przegrałem.

2 thoughts on “Ślady

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *