Proza życia

Proza życia

Niedawno oglądałem film z wyłączonym dźwiękiem. Zadzwonił telefon i była to długa, godzinna rozmowa. Najlepsze jest to, że oglądanie niemego filmu wcale nie przeszkodziło w jego odbiorze. Obrazy jakie pokazywały się przy kolejnych scenach, pozwoliły na streszczenie produkcji jednym zdaniem: „nic nie jest tym, czym się wydaje”. Na mojej twarzy wymalował się gorzki uśmiech, gdy sprawdziłem tytuł filmu. Była to „Proza życia”. Kurwa, ale ze mnie as negocjacji, podniósł się nagle poziom hormonu szczęścia. Warto było kłócić się o darmowe HBO z babą od kablówki. Wszak samotnemu, 33-letniemu mężczyźnie należy się coś od życia.

Napisała do mnie przejęta koleżanka: „Brat przyjaciółki próbował się zabić.” Przez głowę przebiegła smutna myśl. Za mną 33 lata na tym świecie, a do tej pory znałem 4 mężczyzn, którzy odebrali sobie życie. Nie były to głębokie relacje, ale rozmawiałem z nimi nie raz. Każdy sprawiał wrażenie fajnego, wartościowego człowieka. To cholernie trudny temat, ale postanowiłem chwilę poczytać. Życie to nie tylko „hajp”, endorfiny i fotki z wakacji. Według danych polskiej policji w 2016 roku 86% samobójców stanowili mężczyźni. Powodów było wiele i nie do końca chodzi o to aby zgłębiać ten temat. Zmierzam do tego, że ważnym aspektem były nasze przyzwyczajenia. Do tego, że facet to nieczuły drwal stworzony do dostarczania pieniędzy i rozrywek kobietom. Zarówno w kierunku do kobiet jak i do mężczyzn jakiekolwiek okazywanie emocji winno być ograniczone. I według psychologów jest ograniczane od małego: „nie bądź beksa, bijesz się jak baba”. Nie dajemy miejsca facetom na to, żeby przystanęli na chwilę i pokazali się z innej strony. Większość mężczyzn, która odebrała sobie życie, nie znalazła w sobie siły na podzielenie się problemem. Nie trafiła też na kogokolwiek kto problem by zauważył. W tym wszystkim zrobiłem odniesienie do siebie. Zawsze cholernie wstydziłem się tego, że myślę o cudzych i własnych emocjach. Tego, jak zwracam uwagę na to co się względem mnie robi czy co mówi. I jak stosunkowo łatwo umiem to relacjonować innym. Nie jestem i nie będę żadnym psychologiem ani terapeutą. Ale mam silne poczucie, że w tym momencie zarówno kobiety jak i mężczyźni mają wielki problem. Z emocjami, komunikacją, więzią.

Nie bawię się w badacza czy eksperta. Mówię o tym co widzę wokół siebie. Ba, mówię o tym co dzieje się w moim pieprzonym życiu. Ktoś powie: ej, jest świetnie, nie przesadzaj. „Nie ta, to będzie inna”. „Tego kwiatu jest pół światu”. „Nie była ciebie warta”. Rozumiem, że bliscy zawsze, co do zasady, chcą dobrze. Ale kij ma dwa końce, a medal dwie strony. Często słowa otuchy spływają od ludzi, którzy nie do końca mogą wejść w buty człowieka niezadowolonego z ważnej części życia. Bo jakby nie patrzeć w ostatnich latach nie mam szczęścia do pozytywnych emocji, szczerej komunikacji i silnej więzi. Próbuję się uczyć i wyciągać wnioski. Upadam, wstaję, otrzepuję się i idę dalej. Ale upadki stają się coraz mocniejsze. A i coraz trudniej idzie mi nauka i wyciąganie wniosków. Momentów kiedy coraz ciężej zrozumieć mi drugą stronę, zdecydowanie przybywa.

„Co on pierdoli?” wspomni randomowy czytelnik, który pojawił się tu pierwszy raz. Dla odświeżenia przypomnę. By nie upaść na głowę, postanowiłem co jakiś czas dzielić się z Wami tym, co myślę o otaczającym świecie. Czy to dobrze, ciężko ocenić. W pewnym sensie byłoby łatwiej po prostu umilać sobie czas. Poznawać ludzi, przeżuwać ich i wypluwać gdy przestaną smakować. Ale mam do ludzi zbyt duży szacunek. Zawodzę się na nich, ale pewnych cech człowiek się nie pozbędzie. Nawet jeśli usilnie się postara. Wierzę w zmianę, ale skóra nigdy nie stanie się dużo bardziej gruba niż ta, z jaką przyszliśmy na świat. Przez to więc, że mam niezmierzone pokłady wolnego czasu i miękkie serce, muszę żyć uważnie. Spostrzegać, wnioskować i dla własnej frajdy przelewać to na cyfrowy papier. Cóż z tego, że nikogo to do końca nie obchodzi. Ba, patrzmy na jasne strony. Może ktoś uzna to za choć odrobinę estetyczne. Mające jakiś popieprzony urok. Toteż 33-letni dziś facet, bez zająknięcia, dzieli się swymi pseudointelektualnymi i emocjonalnymi wynurzeniami. By za kilka godzin wstać i patrzeć jak ludzie bawią się do nieźle dobranej muzyki. Przyjemna praca, ważny powód trzymający człowieka na powierzchni. I tego się trzymam między takimi nocami jak dzisiejsza. Gdy zgrzyty dnia codziennego nie pozwalają przejść obojętnie obok czekającej na to klawiatury.

O co chodziło z „przeżuwaniem ludzi”, zauważy wprawne oko. Nie byłbym sobą, gdybym nawiązując do problemów z emocjami, komunikacją i więzią nie zrobił ukłonu w kierunku… miłości. Tak kurwa, nie dziękujcie. Chwilo trwaj! Wam i sobie przedłużam więc walentynki. Niesamowicie nastawiłem się, że w końcu w tym roku odbiję sobie za wszystkie czasy. No ale chuj, zostałem na placu boju sam. Poczułem niesamowitą pustkę, gdy stosunkowo szybko wypadłem z orbity jej zainteresowania. Mógłbym teraz spróbować „chapnąć i przeżuć” sobie kogoś raz dwa, jak najszybciej. Żeby zniwelować smak goryczy. Ale po prostu nie umiem. Jestem zbudowany w tej materii z oddania, ciekawości drugiej osoby, zaufania i wiary w lepsze jutro. Czytaj: jestem głupi.

Niecałe 2 miesiące temu pojawił się tu tekst „Chłód”. Kilka zdań o tym jak bardzo nie rozumiem czemu emocje można wyłączyć jak światło. O tym, że nie umiemy wchodzić w dialog. A stać nas jedynie na epatowanie sobą i swymi potrzebami. Niech więc to będzie kilka słów post scriptum, na które przyszedł czas chwilę po walentynkach.

Pokochałem ją tak mocno, że nawet dziś sam się sobie dziwię. Pierwszy z brzegu mięczak już dawno zapomniałby jej imię. Ale to, że mówię głośno o emocjach czy jestem głęboko świadom swych wad, nie czyni mnie mięczakiem. Nie każdy stworzony jest do bycia singlem. I nie każdy robi wszystko aby obok był ktokolwiek przypadkowy. Bo w tej kwestii może chodzić wyłącznie o „jakość”. Dlatego myśl o niej nie znika tak szybko, jak jej przywiązanie do mnie. To była i jest, pod wieloma względami, wspaniała kobieta. Taka na którą patrzysz jak na kochankę, przyjaciółkę i towarzyszkę na długo. Z jednej strony smutek i gniew bardzo nęcą. W tych popieprzonych czasach mógłbym przecież od razu poczuć się niesamowicie skrzywdzony. I zniszczyć ją we własnej głowie dla swego rodzaju „emocjonalnej higieny”. Z drugiej strony czuję się w tej kwestii dojrzały. Co wcale nie znaczy, że szczęśliwszy. Okropna pustka gdy anioł w ciele delikatnej kobiety, ze swego rodzaju gracją opuszcza wspólne życie. A logika każe zastanowić się: co zrobiłem źle? Zadając dodatkowe pytanie: i na ile źle postąpiła ona? Mam nadzieję, że nie pamiętacie jak to jest leżeć do 7:00 nie mogąc zasnąć. Gdy myśli napływają do głowy, a ciśnienie pulsuje w skroniach. Mówię do tych, którzy mają przy sobie ukochanego partnera i codziennie mierzą się z problemami relacji. Kurwa, jak ja chciałbym dziś się z nią o coś pokłócić. Skrzywić się na słowa uszczypliwego żartu. Zrobić coś nowego, żeby lepiej poznać jej świat. Ale najgorsze co mogło się stać, cisza, dosięgło mnie w tym przypadku. Domyślam się co stało za tą wymowną ciszą. Niemniej czuję, że zasłużyłem na jedyną rzecz na którą się umówiliśmy: maksymalną i bezwarunkową szczerość.

Nie miej proszę pretensji o to wszystko. Wiem, że to niewspółczesne, może śmieszne czy dziwne. Pieprzę to i widzę w tym jakiś sens. Może też dostrzeże go choć jeden z czytelników. I tyle mi wystarczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *